sobota, 10 marca 2012

stagnacja polskiego rynku alternatywnego nieśmiało przełamywana

   Najprawdopodobniej zima pofolgowała już na dobre. Coraz większymi krokami zbliża się okres letnich festiwali w Polsce i Europie. Ale póki co, mało kogo jeszcze to obchodzi. Mało kogo spośród zwykłych konsumentów muzyki. Bo dla artystów jest to okres wytężonej pracy, przedewszystkim tych młodych. Czas promocji materiału, wysyłania do organizatorów festiwali z nadzieją, że może się uda. 
   Dotychczas trafiłem na dwóch, moim zdaniem zdecydowanych pretendentów do tytułu objawienia roku czy czegoś w tym stylu. Tym samym do występu na którymś z czołowych letnich festiwali.
   Mam na myśli warszawski zespół How How oraz śląsko-dąbrowski projekt Fair Weather Friends. Ten drugi zrobił na mnie piorunujące wrażenie i wcale tego nie mówie ze względów lokalno-patriotycznych(Jesteśmy z tego samego miasta).

   Jak wspomniałem, Fair Weather Friends zachwycił mnie absolutnie, jednak by zachować chronologie poznawania skupię się najpierw na How How.
   Otóż, chłopcy z Warszawy wydali debiutancka płytę, która bardzo dobrze rokuje na dalszą działalność zespołu.  Zespół został dostrzeżony przez dziennikarzy Trójki specjalizujących się w tematyce alternatywnej. Byli już gośćmi audycji Agnieszki Szydłowskiej oraz Offensywy Piotra Stelmacha. Coprawda, nie prezentowali swojego materiału na żywo w Offensywie, ale na pewno i na  to przyjdzie czas w niedalekiej przyszłości.
   Ich muzyka  nasuwa na myśl kategoryczne szufladkowanie ich w obszarze twórczości skandynawskiej. Skandynawowie specjalizują się w tego typu graniu.
   Łagodny, kołysząco-usypiający wokal, delikatne partie gitar bez kszty przesteru i wszystko okraszone miłymi dla ucha samplami sprawia, że chce się słuchać tej muzyki. Jednak trzeba przyznać, że nie jest to muzyka, która może towarzyszyć myciu okien czy jeździe samochodem.
  Przekaz wymaga odpowiedniego nastawienia i wyczilowania.

   O ile How How nie polecałbym do auta, tak Fair Weather Friends było by doskonałym wyborem.
Syntezator żywcem wyciągnięty z Kraftwerka i New Order doskonale się komponuje z wrzaskliwą gitara. Do tego dochodzi naprawdę, nieprzeciętny wokal przypominający trochę Calleba Followilla z  Kings Of Leon.
   Całość daje dość przewidywalny efekt, ale nie ma w tym nic złego. Materiał jest na iście pierwszoligowym poziomie. Dlatego wróżę naprawdę duży sukces.

   Mam nadzieje, że  będę miał okazje trzymać kciuki za oba zespoły na festiwalowych scenach w wakacje.





  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz